„Kiedy miłość do psa staje się toksyczna. Zespół Münchausena wśród opiekunów zwierząt”

Wielu hodowców psów rasowych zna ten scenariusz na pamięć. Sprzedają zdrowego, radosnego szczeniaka, a po kilku dniach otrzymują alarmujące wiadomości od nowego właściciela. „Coś jest nie tak! Piesek nie je, ma biegunkę, boi się wszystkiego!” – skarży się nowy opiekun, a wkrótce pojawiają się rachunki od weterynarzy, stosy badań i lista schorzeń, których pies nigdy nie miał.

To, co dla wielu hodowców jest koszmarem, dla psychologów i weterynarzy staje się coraz bardziej oczywistym zjawiskiem – rozszerzonym na zwierzęta zespołem Münchausena.

Kiedy miłość staje się toksyczna

Zespół Münchausena to zaburzenie psychiczne, w którym osoba celowo wywołuje lub symuluje choroby, by zdobyć uwagę i współczucie otoczenia. W wersji „przeniesionej” (Münchausen by Proxy) chory wykorzystuje do tego inne osoby – najczęściej dzieci. Klasycznym przykładem jest historia Julie Gregory, autorki książki Mama kazała mi chorować, która jako dziecko była poddawana niekończącym się badaniom i terapiom, ponieważ jej matka przekonywała lekarzy, że cierpi na niezliczone choroby.

Współcześnie podobne mechanizmy zaczynamy obserwować nie tylko w relacjach międzyludzkich, ale i w świecie opiekunów zwierząt domowych. Hodowcy psów coraz częściej zgłaszają przypadki, w których nowi opiekunowie szybko zamieniają zdrowego szczeniaka w pacjenta, poddawanego niepotrzebnym badaniom, faszerowanego lekami, karmionego absurdalnymi dietami lub biegającego od behawiorysty do behawiorysty.

Cierpienie psów i procesy dla hodowców

Na kynologicznych grupach dyskusyjnych opisywanych jest mnóstwo podobnych przypadków. Klient kupuje od hodowcy zdrowego szczeniaka, ale już po tygodniu twierdzi, że pies jest „ciężko chory”.

„Zaczęła jeździć od weterynarza do weterynarza, domagać się coraz to nowych badań. Nieprzemyślana zmiana diety spowodowała u psa silne problemy żołądkowo-jelitowe. Biegunki nasilały się, bo nowa opiekunka dawała szczeniakowi coraz to nowe diety. Dosłownie co drugi dzień pies miał w misce co innego – od diety BARF, przez bezglutenowe karmy, po weterynaryjne na wszelkie możliwe choroby. Oczywiście biegunki się nasilały, bo takie zmiany diety są dla szczeniaka niemal zabójcze.

Zauważyłam też, że pani Joanna (bo tak się nazywa nabywczyni szczeniaka z mojej hodowli) każdego dnia odwiedzała kilka różnych lekarzy, a ci, nie wiedząc o leczeniu w innych gabinetach, podawali psu ogromną ilość różnych leków. Do tego Joanna stała się aktywna w internecie, każdego dnia opisując cierpienie swojego psa. Na mnie ludzie wieszali przysłowiowe psy, grozili mi donosami, zabraniem zwierząt, a nawet śmiercią, podczas gdy Joannie, która przecież sama doprowadziła psa na skraj wycieńczenia, współczuli i zaczęli oferować pieniądze na zbiórkach! Gdy pies zmarł, doprowadzony w końcu do prawdziwej choroby, zażądała ode mnie zwrotu kosztów leczenia. Nie zgodziłam się i sprawa trafiła do sądu.

Prześledziłam jej aktywność w internecie, faktury ze zbiórek, a mój adwokat wniósł o dołączenie do dokumentacji wszystkich akt medycznych z lecznic, do których trafił Barry, bo tak miał na imię szczeniak, którego sprzedałam. Po analizie akt biegły nie miał wątpliwości. Uszkodzenie wątroby i nerek, które było przyczyną śmierci psa, wystąpiło na skutek podawania ogromnej ilości leków przez lekarzy, którzy nie wiedzieli, że pies był leczony jednocześnie w dwóch klinikach i trzech gabinetach weterynaryjnych” – relacjonuje hodowca labradorów, pani Agnieszka.

Sprawa trafiła do sądu, ale biegli weterynaryjni nie potwierdzili żadnych wad wrodzonych ani genetycznych chorób u Barrego. Tymczasem Joanna na grupach internetowych nadal ma pokaźne grono sympatyków, przekonanych o jej krzywdzie i rzekomym układzie hodowcy z sądem i lekarzami.

Urojone problemy behawioralne

Zespół Münchausena by Proxy u właścicieli psów nie ogranicza się tylko do chorób somatycznych. Coraz częściej obserwuje się przypadki wmawiania zwierzętom różnego rodzaju zaburzeń behawioralnych. Zoopsycholodzy ostrzegają, że część opiekunów z premedytacją kreuje obraz „chorego psychicznie” psa, zdobywając w ten sposób współczucie i zainteresowanie.

„Miałam klientkę, która twierdziła, że jej pies ma ekstremalny lęk separacyjny. Na grupach facebookowych pisała, że zwierzak wyje godzinami i niszczy mienie. Kolejni specjaliści wystawiali różne diagnozy, ale nikt nie był w stanie jednoznacznie potwierdzić problemu. W końcu trafiła do mnie. Wzięłam psa na stacjonarną terapię i co się okazało? Pies nie tylko nie miał żadnych problemów separacyjnych, ale wręcz lubił zostawać sam i spokojnie spał w legowisku” – opowiada Paulina,  behawiorystka, absolwentka kursu zawodowego zoopsycholog w Silva Lupus.

Tego rodzaju przypadki pokazują, że czasem to nie pies potrzebuje terapii, lecz jego opiekun.

Jak reagować? Poradnik dla hodowców i specjalistów

Hodowcy, weterynarze i behawioryści często znajdują się w trudnej sytuacji, gdy trafiają na opiekuna wykazującego objawy przeniesionego zespołu Münchausena. Jak postępować, by nie eskalować problemu, ale jednocześnie chronić zwierzę? Oto co warto zrobić, by pomóc psu.

  1. Dokumentuj wszystko – jeśli podejrzewasz, że właściciel celowo szkodzi psu, notuj wszystkie wizyty, diagnozy i zalecenia. Jeśli możesz rób filmy, zdjęcia.
  2. Nie ulegaj presji – osoby z zespołem Munhausena często manipulują specjalistami, wymuszając kolejne procedury medyczne lub behawioralne.
  3. Kieruj do specjalisty – jeśli widzisz, że problemem nie jest pies, a jego opiekun, możesz zasugerować konsultację z psychologiem lub psychiatrą.
  4. Współpracuj z innymi specjalistami – warto skonsultować się z innymi lekarzami weterynarii lub behawiorystami, by upewnić się, że diagnoza jest prawidłowa. Superwizje w przypadku zoopsychologów i opinia osoby, nie związanej z klientem mogą pomóc uzyskać inny punkt widzenia.
  5. Rozważ zgłoszenie do odpowiednich służb – jeśli właściciel doprowadza psa do cierpienia poprzez uporczywe podawanie leków, nieodpowiednie leczenie lub zaniedbania, może to stanowić formę znęcania się nad zwierzęciem. W Polsce takie przypadki można zgłaszać do Inspekcji Weterynaryjnej lub organizacji zajmujących się ochroną zwierząt.

Gdzie leży granica?

Czy przesadna troska o zwierzę zawsze jest objawem choroby? Oczywiście nie. Wielu opiekunów dba o swoich pupili najlepiej, jak potrafi, a ich obawy o zdrowie zwierząt są uzasadnione. Problem zaczyna się wtedy, gdy „leczenie” zwierzęcia staje się sposobem na zwrócenie na siebie uwagi i budowanie swojej tożsamości jako „ratownika”.

Dla hodowców, weterynarzy i zoopsychologów to trudny temat, ale jedno jest pewne – w dobie internetu i nadmiaru informacji granica między rzeczywistą troską a szkodliwym zaburzeniem zaczyna się coraz bardziej zacierać.

Być może przyszedł czas, by niektórzy miłośnicy zwierząt spojrzeli w lustro i zapytali siebie: czy aby na pewno ratuję swojego psa – czy raczej siebie?

Marta Lichnerowicz

Podziel się ze znajomymi!